- Open'er Festival 2026. Rosnące koszty coraz częściej wpływają na decyzje uczestników
- Bilet to dopiero początek. Tyle naprawdę kosztuje wyjazd na Open'era
- "Najlepszy Open'er? Nie pamiętam roku, ale pamiętam emocje". Uczestnicy wracają wspomnieniami do koncertów sprzed lat
- "Pierwszy Open'er kosztował mnie 300 zł". Tak uczestnicy wspominają początki festiwalu
- Open'er Festival to nie tylko koncerty. "Największe odkrycia zdarzają się przypadkiem"
- Jest jedna rzecz, o której uczestnicy mówią z ogromnym uśmiechem
- "Tego nie zapomnimy nigdy". Jest jedno wydarzenie, które do dziś wraca w niemal każdej rozmowie
- Open'er zmienił się przez lata. Uczestnicy widzą to bardzo wyraźnie
- "Nie próbuj zobaczyć wszystkiego". Doświadczeni uczestnicy mają jedną radę dla osób, które przyjechały pierwszy raz
Jeszcze przed godziną 16 droga prowadząca do bram lotniska Gdynia Kosakowo zaczęła zapełniać się ludźmi. Jedni nieśli plecaki wypchane pelerynami przeciwdeszczowymi, inni ciągnęli walizki albo składane krzesełka. W telefonach przewijali harmonogram koncertów, próbując odpowiedzieć sobie na pytanie, którego chyba nie da się rozwiązać podczas żadnego Open'era.
Jak zobaczyć wszystko, kiedy wiadomo, że wszystkiego zobaczyć się nie da?
Kilka godzin później na scenie miała pojawić się Florence + The Machine. Później The xx, Zara Larsson, Kneecap i kolejni artyści. W następnych dniach publiczność czekają jeszcze koncerty Nick Cave & The Bad Seeds, The Cure, Calvina Harrisa oraz Jennie. Tegoroczny line up wielu fanów uznaje za jeden z najmocniejszych od lat.
Mimo to, kiedy zaczęliśmy rozmawiać z ludźmi stojącymi w kolejce do wejścia, okazało się, że niemal nikt nie zaczyna od koncertów. Najpierw mówią o pieniądzach. Dopiero później o muzyce.
Open'er Festival 2026. Rosnące koszty coraz częściej wpływają na decyzje uczestników
Pierwszą osobą, z którą rozmawiamy przed wejściem na teren festiwalu, jest uczestniczka z Warszawy. Na tegorocznego Open'era przyjechała tylko na środę. Jak przyznaje, zdecydowała się wybrać jeden dzień przede wszystkim ze względu na line up. Najbardziej zależało jej na koncertach Kneecap, Florence + The Machine, Zary Larsson i The xx.
- To jest mój trzeci Open'er. W zeszłym roku nie byłam. Dwa lata temu byłam, ale wtedy była ta burza. To zostawiło we mnie taki ślad, że odpuściłam kolejną edycję. W tym roku wróciłam tylko na jeden dzień. Najbardziej chciałam zobaczyć Kneecap, Florence + The Machine, Zarę Larsson i The xx. W sumie dzisiaj trafił mi się najlepszy dzień całego festiwalu.
Choć tegoroczny program ocenia bardzo wysoko, szybko zwraca uwagę na coś, co jej zdaniem coraz bardziej wpływa na decyzje uczestników. Chodzi o koszty związane z przyjazdem do Gdyni, szczególnie dla osób spoza Trójmiasta.
- Przyjechałam z Warszawy i wracam jutro rano pierwszym pociągiem bez noclegu, bo ceny noclegowe są tutaj porąbane. Nie chciałam się całkowicie wypłukać z kasy. Myślę, że jest coraz drożej i to nie jest fajne. Wydaje mi się, że Open'er robi się bardzo ekskluzywny, tylko dla takich ludzi, którzy mogą sobie pozwolić zapłacić sześćset złotych za jeden dzień. A przecież powinien być bardziej dostępny dla ludzi z różnych grup społecznych.
Podobne opinie pojawiały się również w kolejnych rozmowach. Część uczestników przyznawała, że zrezygnowała z noclegu i wraca do domu zaraz po koncertach. Inni zdecydowali się kupić bilet tylko na jeden dzień, choć jeszcze kilka lat temu bez większego zastanowienia wybierali czterodniowe karnety. Rosnące ceny sprawiają, że dla wielu osób udział w Open'er Festival wymaga dziś znacznie dokładniejszego planowania niż jeszcze kilka edycji temu.
Bilet to dopiero początek. Tyle naprawdę kosztuje wyjazd na Open'era
Sam bilet jest tylko częścią wydatków. Jednodniowa wejściówka na Open'er Festival 2026 kosztuje 579 złotych, a czterodniowy karnet w ostatniej puli sprzedaży 1199 złotych. Do tego dochodzi pięcioprocentowa opłata serwisowa. Na miejscu piwo kosztuje około 20 złotych, większość dań w strefie gastronomicznej około 40 złotych, a osoby przyjeżdżające spoza Trójmiasta muszą doliczyć jeszcze nocleg, transport i codzienne wydatki. W efekcie czterodniowy wyjazd dla wielu osób oznacza koszt liczony już nie w setkach, lecz w kilku tysiącach złotych.
Ten temat wraca niemal w każdej rozmowie.
Grupa uczestników z Trójmiasta zwraca uwagę, że najbardziej zmieniły się właśnie ceny na terenie festiwalu.
- Bilety nie są złe jak na cztery dni. Trochę podrożało, ale mimo wszystko to jeszcze można zaakceptować. Bardziej uderzyły mnie ceny w środku. Chciałem napić się wody albo coś zjeść i byłem naprawdę zdziwiony. Piwo mogłoby kosztować mniej. Jedzenie też było strasznie drogie.
Kilkanaście metrów dalej spotykamy uczestniczki, które pamiętają Open'era sprzed kilkunastu lat. Jeszcze zanim zdążymy zapytać o ulubiony koncert, jedna z nich sama wraca do wspomnień.
- Mój pierwszy Open'er był w 2009 roku. Karnet kosztował wtedy około trzystu złotych za cztery dni i wydawało się, że to ogromna kwota. Dzisiaj człowiek patrzy na to zupełnie inaczej.
Po chwili dodaje coś, co później usłyszymy jeszcze kilka razy.
- Ja uważam, że robią straszne zdzierstwo i z roku na rok przeginają. Kupuję bilety bardziej z sentymentu, bo lubię tutaj być, ale równocześnie uważam, że to już nie jest warte swojej ceny. My jeszcze mieszkamy tutaj, więc nie płacimy za noclegi. Gdyby trzeba było doliczyć jeszcze ten koszt, to pewnie w ogóle bym się nie zdecydowała.
W tym momencie zaczyna być jasne, że rozmowa o pieniądzach jest tylko początkiem znacznie ciekawszej historii. Bo wystarczy zadać kolejne pytanie.
"Najlepszy Open'er? Nie pamiętam roku, ale pamiętam emocje". Uczestnicy wracają wspomnieniami do koncertów sprzed lat
Który Open'er pamiętacie najlepiej?
I nagle atmosfera zmienia się całkowicie. Ludzie przestają mówić o rachunkach. Zaczynają opowiadać o koncertach, które pamiętają od kilkunastu lat, o pierwszych wyjazdach ze znajomymi, o burzy, która przerwała festiwal, o Silent Disco w starym hangarze i o artystach, dla których do dziś wracają do Gdyni.
Jedna z uczestniczek bez chwili zastanowienia wróciła do koncertu, który do dziś uważa za najlepszy.
- Myślę, że najfajniej było na Bruno Marsie. To był chyba 2018 albo 2019 rok. Bardzo mi się podobało. On super grał. Była orkiestra, tańce i wszystko było dopracowane. To był naprawdę świetny koncert.
Kilka metrów dalej spotykamy grupę z Trójmiasta.
Pytanie jest identyczne. Odpowiedź zupełnie inna.
- Najlepiej wspominamy edycję, kiedy grali Red Hot Chili Peppers. Pamiętam też, że wtedy Polska grała z Portugalią. To był wyjątkowy Open'er.
To zaskakuje.
Każdy wskazuje innego artystę, ale niemal wszyscy mówią o tych samych latach. Najczęściej wracają wspomnienia z końca drugiej dekady XXI wieku i początku następnej. To właśnie wtedy wielu dzisiejszych stałych bywalców po raz pierwszy przekroczyło bramy festiwalu.
"Pierwszy Open'er kosztował mnie 300 zł". Tak uczestnicy wspominają początki festiwalu
Jedna z rozmówczyń śmieje się, że dokładnego roku już nie pamięta.
Ale doskonale pamięta cenę pierwszego karnetu.
- Mój pierwszy Open'er był chyba w 2009 roku. Karnet kosztował wtedy około 300 złotych za cztery dni. Wydawało się, że to ogromna kwota. Byli wtedy Arctic Monkeys, Kings of Leon, Pendulum, Prodigy i Buraka Som Sistema. To był niesamowity line up. Miałam wtedy siedemnaście lat, więc chyba dlatego wspominam tamtą edycję z takim sentymentem.
W podobnym tonie wypowiadają się również inni. Nie porównują tylko artystów. Porównują całe życie.
Mówią, że kiedyś przyjeżdżali ze znajomymi pod namioty. Dzisiaj część z nich ma dzieci, pracę i zupełnie inne obowiązki. Na Open'era wracają już nie z przypadku. Wracają z przyzwyczajenia.
A czasem po prostu z potrzeby.
- Kupuję bilety bardziej z sentymentu. Lubię tutaj być. Jasne, uważam, że zrobiło się bardzo drogo, ale mimo wszystko wracam.
To zdanie wyjątkowo dobrze oddaje atmosferę większości rozmów. Nawet osoby, które krytykują rosnące ceny, nie mówią o rezygnacji. Raczej zastanawiają się, jak znaleźć sposób, żeby przyjechać również za rok.
Open'er Festival to nie tylko koncerty. "Największe odkrycia zdarzają się przypadkiem"
Zaskakujące było jeszcze coś.
Im dłużej rozmawialiśmy z uczestnikami, tym rzadziej słyszeliśmy nazwy największych gwiazd. Zamiast tego coraz częściej pojawiały się historie o koncertach, które w ogóle nie były zaplanowane.
- Chodzimy na festiwal przede wszystkim po to, żeby się dobrze bawić, ale poznajemy też artystów, których normalnie pewnie nigdy byśmy nie poznali. Czasami zaskakują nas bardzo pozytywnie. Dzięki temu później wracamy do ich muzyki już po festiwalu.
To właśnie dlatego wielu doświadczonych uczestników przestało planować każdą godzinę. Wiedzą, że najlepsze wspomnienia bardzo często rodzą się tam, gdzie początkowo w ogóle nie mieli iść.
Jest jedna rzecz, o której uczestnicy mówią z ogromnym uśmiechem
Co ciekawe, kiedy pytaliśmy o najlepsze wspomnienia z Open'era, bardzo często... nie dotyczyły koncertów.
Jedna z uczestniczek od razu zaczęła opowiadać o Silent Disco.
- Jestem turbofanką Silent Disco. Najlepsze było jeszcze wtedy, kiedy odbywało się w starym hangarze. Miało niesamowity klimat. To jedno z moich najlepszych wspomnień z całego festiwalu.
Chwilę później kolejna grupa wspomina zupełnie inną historię.
- Pamiętam, jak jeszcze było stoisko z ginem. Było strasznie gorąco, lali różowego gina i wszyscy świetnie się bawili. To też są takie rzeczy, które zostają w pamięci na lata.
I właśnie wtedy zaczynasz rozumieć, że dla wielu osób Open'er już dawno przestał być tylko festiwalem muzycznym.
To zbiór historii.
Niektóre zaczynają się od koncertu. Inne od przypadkowego spotkania. Jeszcze inne od kolejki po jedzenie albo wspólnego tańca na Silent Disco. A są też takie, których nikt nie chciał przeżyć, ale dziś opowiada się o nich jak o części historii festiwalu.
Na hasło "burza" praktycznie każdy od razu wie, o czym mowa. I wtedy rozmowy po raz kolejny zmieniają swój ton...
"Tego nie zapomnimy nigdy". Jest jedno wydarzenie, które do dziś wraca w niemal każdej rozmowie
Nie wszystkie wspomnienia z Open'era wywołują uśmiech. Kiedy rozmowa schodzi na wydarzenia, które najbardziej zapadły w pamięć, po chwili pada jedno słowo.
Ewakuacja.
Nie trzeba dodawać nic więcej. Osoby, które były wtedy na festiwalu, od razu wiedzą, o czym mowa.
- Ewakuacja. No tak, tego nie zapomnimy na pewno.
Kilka minut później podobną odpowiedź słyszymy od kolejnej grupy.
- Dokładnie. Trzeba było uciekać z pola. To było naprawdę mocne przeżycie.
Choć od tamtych wydarzeń minęło już trochę czasu, uczestnicy przyznają, że właśnie od tego momentu inaczej przygotowują się do każdego kolejnego Open'era. Dlatego w tym roku, mimo że prognozy zapowiadały poprawę pogody w kolejnych dniach, w plecakach obok powerbanków, okularów przeciwsłonecznych i kremów z filtrem niemal obowiązkowo znalazły się peleryny przeciwdeszczowe.
Jedna z osób śmieje się, że na Open'erze można zapomnieć o wielu rzeczach.
Ale nie o kurtce.
Open'er zmienił się przez lata. Uczestnicy widzą to bardzo wyraźnie
Rozmowy z uczestnikami pokazały jeszcze jedną rzecz. Dla osób, które przyjeżdżają na Open'era od kilkunastu lat, festiwal nie zmienił się wyłącznie pod względem line upu czy cen. Zmienił się niemal pod każdym względem. Wspominają inne strefy, dawny układ terenu, miejsca, których już nie ma, a nawet drobne elementy, które dla wielu stały się symbolem tamtych edycji.
Jedna z uczestniczek z uśmiechem wraca pamięcią do Silent Disco, które kiedyś odbywało się w starym hangarze. Inni wspominają charakterystyczne stoisko z różowym ginem, przy którym podczas jednej z wyjątkowo upalnych edycji spotykali się znajomi. Dla kolejnych symbolem dawnych Open'erów pozostają koncerty, które z biegiem lat urosły do rangi legendy. W takich rozmowach równie często jak nazwy zespołów pojawiają się wspomnienia o ludziach, atmosferze i chwilach, które trudno byłoby zaplanować.
Mimo wszystkich zmian trudno było usłyszeć głosy, że festiwal stracił swój wyjątkowy charakter. Wręcz przeciwnie. Wielu uczestników podkreślało, że przez lata zmienił się nie tylko Open'er, ale także oni sami.
- Przyjeżdżamy tutaj od dzieciaka. Nawet nie jesteśmy już w stanie policzyć, który to Open'er. Każdy był trochę inny, ale każdy miał coś, co pamiętamy do dziś.
To zdanie wyjątkowo dobrze oddaje atmosferę tegorocznych rozmów. Dla wielu osób Open'er nie jest już wyłącznie festiwalem muzycznym. To miejsce, do którego wraca się z sentymentu, bo z każdym kolejnym rokiem przybywa wspomnień, a nie tylko koncertów.
"Nie próbuj zobaczyć wszystkiego". Doświadczeni uczestnicy mają jedną radę dla osób, które przyjechały pierwszy raz
Na koniec każdej rozmowy zadawaliśmy jeszcze jedno pytanie. Jaką radę daliby osobom, które po raz pierwszy pojawiły się na Open'er Festival 2026? Spodziewaliśmy się praktycznych wskazówek dotyczących dojazdu, rzeczy, które warto spakować, czy sposobu poruszania się między scenami. Zamiast tego uczestnicy zwracali uwagę przede wszystkim na... odpowiednie nastawienie.
- Wydaje mi się, że warto być przygotowanym na to, że pewnie nie zrobi się tyle, ile by się chciało. Nie zobaczy się wszystkich artystów, bo sceny są od siebie oddalone. Jeden koncert się kończy, drugi już się zaczyna, a później trzeba jeszcze przedostać się przez tłum. Lepiej podejść do tego spokojnie. Nawet jeśli posłucha się tylko fragmentu koncertu, to i tak warto się z tego cieszyć. Najważniejsze jest to, że w ogóle można tutaj być.
Podobne podejście mieli także inni rozmówcy, choć przekazali je z dużo większym poczuciem humoru.
- Przyjść. Po prostu przyjść. I pić tyle, żeby jednak coś pamiętać. A jeżeli ktoś planuje świętować trochę mocniej, to dobrze mieć obok kogoś, kto będzie pamiętał więcej. - śmieją się uczestnicy z Rumii.
Choć odpowiedzi były różne, wszystkie prowadziły do podobnego wniosku. Wieloletni bywalcy zgodnie podkreślali, że Open'er Festival trudno zaplanować w najdrobniejszych szczegółach. Harmonogram koncertów często wymusza trudne wybory, a przemieszczanie się pomiędzy scenami sprawia, że zobaczenie wszystkich wymarzonych artystów jest praktycznie niemożliwe.
Zamiast skupiać się na odhaczaniu kolejnych koncertów, wielu uczestników zachęcało do tego, by zostawić miejsce na spontaniczne decyzje. Jak przyznawali, to właśnie przypadkowo odkryte koncerty, niespodziewane spotkania i chwile pomiędzy występami najczęściej zostają w pamięci na długo po zakończeniu festiwalu.
Komentarze (0)