Wydarzenie przygotowały wspólnie Akademicki Klub Taekwondo Udar i Fundacja z Pompą - Pomóż Dzieciom z Białaczką. Żeby wejść na salę, trzeba było wcześniej się zapisać i wpłacić cegiełkę w wysokości 100 zł. Liczba miejsc była ograniczona, decydowała kolejność zgłoszeń.
Nie trzeba być wojownikiem, żeby się obronić
Uczestnicy nie przychodzili po czarny pas. Program obejmował dwie półtoragodzinne sesje treningowe, a cel trenerów był skromniejszy i jednocześnie ambitniejszy niż nauka efektownych kopnięć.
Ciężko będzie przez jeden trening nauczyć czegokolwiek, to dwie sesje po półtorej godziny. Ale postaramy się przekonać wszystkich uczestników, że nawet osoba, która nie trenuje żadnych sztuk walki i nie ma o tym pojęcia, a jest w miarę sprawna fizycznie, ma szansę się obronić. Większość naszego społeczeństwa jest sprawna - biega, uprawia jakiś sport, jest aktywna. Każdy ma szansę wyjść z sytuacji zagrożenia. Często jest tak, że to my sami w to nie wierzymy - mówi Krzysztof Kowalski, trener Akademickiego Klubu Taekwondo Udar.
Najpierw głowa, potem pięść
Według Kowalskiego technika to tylko część układanki. Ważniejsze jest to, co dzieje się w głowie - i to, czy w ogóle uwierzymy, że jesteśmy w stanie zareagować.
W sztukach walki mamy testy na stopnie szkoleniowe, podczas których łamiemy deski czy inne twarde przedmioty. Widziałem kiedyś program, chyba na Discovery, w którym prowadzący wziął bardzo różnych ludzi - po sześćdziesiątce, po czterdziestce, młodych, sprawnych i niesprawnych. Przez kilka godzin pracował wyłącznie nad ich nastawieniem. I udowodnił im, że mają siłę złamać przedmiot, który wydawał im się nie do złamania. Tutaj jest dokładnie taka sama historia - opowiada trener.
„Nigdy tego nie ćwiczyłem" to najgorsza wymówka
Kowalski zwraca uwagę, że ten sam mechanizm paraliżuje ludzi nie tylko wtedy, gdy ktoś ich atakuje, ale też wtedy, gdy ktoś obok potrzebuje pomocy. Dlatego obok maty działała strefa zdrowia - można było poćwiczyć pierwszą pomoc, zmierzyć ciśnienie i poziom cukru we krwi oraz nauczyć się samobadania piersi.
Jeżeli mamy sytuację zagrożenia - ktoś mnie napada albo ktoś leży i potrzebuje pomocy, bo zasłabł - to w społeczeństwie jest poczucie: ja tego nie umiem, nie zrobię tego, bo nigdy tego nie ćwiczyłem. Staramy się pokazać ludziom chociaż kawałek ćwiczeń, które mogą potem wykorzystać. Tak, żeby nie było sytuacji, w której ktoś myśli: nigdy nie miałem z tym styczności, więc nawet nie spróbuję się obronić albo komuś pomóc - tłumaczy.
Spokój, który się trenuje
Od ludzi ze świata sportów walki często bije spokój. Kowalski nie jest pewien, jak to nazwać, ale wie, skąd się bierze.
Im bardziej uwierzymy w siebie, im więcej rzeczy spróbujemy zrobić sami, fizycznie, tym bardziej będziemy tego pewni. Jeśli przeczytam książkę, będę mógł o niej z kimś porozmawiać - to zawsze tak działa, we wszystkim. Nie wiem, czy to jest spokój, czy opanowanie, czy raczej świadomość tego, co jestem w stanie zrobić. Spróbujemy wpompować to w tych ludzi, żeby procentowało im na ulicy - mówi trener.
Na co poszły pieniądze?
Cały dochód z cegiełek trafia do dzieci leczonych onkologicznie w gdańskim UCK - konkretnie na tzw. kule mocy. To kolorowe kule z zabawkami i niespodziankami w środku, wydawane przez specjalne automaty stojące w Klinice Pediatrii, Hematologii, Onkologii i Immunologii UCK. Dzieci dostają je w nagrodę za odwagę po zabiegach, które budzą największy strach: biopsjach, punkcjach, znieczuleniach i zastrzykach. Kula ma dać dziecku poczucie, że ma na coś wpływ, i przypominać mu, że właśnie poradziło sobie z czymś trudnym.
Dorośli uczyli się w sobotę, że dadzą radę w sytuacji, której się boją. Za ich pieniądze tę samą lekcję dostaną dzieci z onkologii - po każdym zabiegu, jedna kula na raz.
Komentarze (0)