180 telefonów, bo ktoś musi pomóc sąsiadom
Podczas jednego dwunastogodzinnego dyżuru dyspozytor odbiera od 150 do 180 telefonów. Część obciążenia to efekt wspierania sąsiednich województw, które mają własne, jeszcze poważniejsze braki kadrowe. Praca wymaga, jak podkreśla urząd, odporności psychicznej, sprawnej komunikacji i zdolności do trafnej oceny sytuacji wyłącznie na podstawie rozmowy telefonicznej, bez wizualnego kontaktu z miejscem zdarzenia Jeśli policzymy, że ktoś pracuje bez przerwy przez 12 h daje nam to telefon średnio co 4 minuty!
Jeden kandydat, i to na pół etatu
Urząd wprost wskazuje barierę: dyspozytorzy zarabiają mniej niż pracownicy administracji o podobnych kwalifikacjach. W Gdańsku stawka na umowie cywilnoprawnej to 88 złotych brutto za godzinę w dzień i 92 złote brutto za godzinę w nocy, przy minimalnym zadeklarowanym wymiarze 72 godzin miesięcznie, czyli około 6,3 do 6,6 tysiąca złotych brutto przy najniższym możliwym zaangażowaniu. To mniej niż etat specjalisty w administracji publicznej, gdzie widełki sięgają od 6,5 do 9,5 tysiąca złotych brutto, w stabilnych godzinach i bez nocnych dyżurów. Skutek widać w liczbach: na ostatni nabór w Gdańsku zgłosił się jeden zainteresowany, gotowy pracować tylko na pół etatu.
Zawód, do którego trudno wejść
To nie jest stanowisko dostępne od ręki. Kandydat musi mieć już uprawnienia ratownika medycznego albo pielęgniarki systemu oraz co najmniej dwa lata doświadczenia w zespołach ratownictwa medycznego, na szpitalnym oddziale ratunkowym, oddziale intensywnej terapii lub w izbie przyjęć. Od 1 stycznia 2024 roku doszedł kolejny próg: obowiązkowy kurs Krajowego Centrum Monitorowania Ratownictwa Medycznego, zakończony egzaminem teoretycznym na trzydzieści pytań z progiem zdawalności 80 procent oraz egzaminem praktycznym z sześcioma symulowanymi scenariuszami ocenianymi przez komisję. Do tego dochodzi pełna zdolność do czynności prawnych, niekaralność za przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu, a przy umowach cywilnoprawnych ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej na minimum 100 tysięcy euro.
To nie jest tylko problem Gdańska
Najświeższy komunikat Najwyższej Izby Kontroli, opublikowany 17 lipca 2026 roku po kontroli pięciu dyspozytorni medycznych w kraju, po jednej w każdym z badanych województw, stwierdził niepełną obsadę w każdej z nich. Na poszczególnych dyżurach brakowało od jednej do czterech osób, a w niektórych placówkach braki występowały praktycznie każdego dnia objętego kontrolą. Jako główną przyczynę kontrolerzy wskazali po prostu niedobór kandydatów chętnych do pracy na tych stanowiskach, dokładnie ten sam problem, o którym pisze nam Pomorski Urząd Wojewódzki w przypadku Gdańska.
Noce bez rejstratora
Internauci donoszą, że są takie dni że na dyspozytora medycznego trzeba czekać. Najgorzej sytuacja ma się w nocy, co potwierdzają opinie internautów publikowane pod koniec lipca:
Dziewięć lat po poprzedniej dużej zmianie
Sam PUW w swojej odpowiedzi nie odnosi się do tego kontekstu, ale warto go dodać. To nie pierwsza duża reorganizacja dyspozytorni na Pomorzu. W 2017 roku, po blisko rocznym procesie, region skoncentrował dwadzieścia lokalnych dyspozytorni w zaledwie dwie, właśnie w Gdańsku i Słupsku, a nową placówkę w Gdańsku oficjalnie otwarto 6 listopada tamtego roku. Dziewięć lat później, mimo tamtej zmiany, braki kadrowe pozostały na tyle poważne, że urząd proponuje pójść krok dalej i połączyć te dwie ostatnie placówki w jedną.
Kluczowym rozwiązaniem, jak przyznaje sam urząd, byłoby po prostu zwiększenie liczby dyspozytorów. Skąd ich wziąć, skoro do zawodu trzeba wejść przez dwa lata doświadczenia i dwa egzaminy państwowe, a stawki nie nadążają za administracją? To pytania na które musi sobie odpowiedzieć cała klasa polityczna.
Komentarze (0)