Polski dron, zniszczony przez polskie systemy
W środę Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wydała komunikat. Prokuratorzy razem z Żandarmerią Wojskową przeprowadzili czynności na plaży w Karwi i ustalili, że szczątki pochodzą z drona „Wojskowego Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych”, jak zapisano w komunikacie.
"Dron był poddawany testom", przekazał prok. Mariusz Duszyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, w komunikacie z 14 października
Po zakończeniu czynności szczątki mają zostać zabezpieczone. Prokuratura nie napisała, kiedy i gdzie prowadzono testy. Więcej powiedział minister obrony.
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o znalezisku w środę na konferencji prasowej w Nowym Glinniku, gdzie odwiedził szkolenie pilotów dronów w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej. Jak relacjonuje portal defence24.pl, minister przekazał, że kilka tygodni temu w Ustce prowadzono doświadczenia z polskimi dronami i systemami antydronowymi.
Według ministra to właśnie stamtąd pochodzą szczątki. Był to polski dron, który w czasie tych ćwiczeń zniszczyły polskie systemy antydronowe. Badania prowadził Instytut Techniki Wojsk Lotniczych. Po kilku tygodniach morze wyrzuciło szczątki na plażę w Karwi.
Kosiniak-Kamysz podkreślił też, że nie była to rosyjska prowokacja. Minister nie podał, jaki to był model drona ani w którym dokładnie dniu doszło do jego zniszczenia.
Zaczęło się od zgłoszenia spacerowicza
Cała sprawa zaczęła się we wtorek, 13 października. Około 18:30 osoba postronna zgłosiła przez Centrum Powiadamiania Ratunkowego, że na plaży w Karwi leży obiekt przypominający drona, był on częściowo zakopany w piasku i miał około 2 metrów długości.
Policja zabezpieczyła teren i powiadomiła prokuraturę. Według RMF FM na miejsce skierowano też policyjnych kontrterrorystów, a o znalezisku powiadomiono saperów i wojsko. Strażacy z kolei byli tam wyłącznie jako służba pomocnicza i oświetlali teren.
Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku prok. Mariusz Duszyński przekazał, że prokurator dotarł na plażę we wtorek około 21:00. Teren wytyczyła i zabezpieczyła Żandarmeria Wojskowa. Ze względu na porę nocną czynności przerwano, a w środę dołączyli prokuratorzy z Wydziału do Spraw Wojskowych.
Najpierw sprawdzono, czy nie jest groźny
Żandarmeria w swoim komunikacie pisała nie o dronie, ale o fragmentach niezidentyfikowanego obiektu latającego. Zanim ktokolwiek do nich podszedł, musiały przejść badania.
Rzecznik Komendanta Głównego Żandarmerii Wojskowej ppłk Dariusz Rozkosz przekazał w środę rano, że wyeliminowano zagrożenie chemiczne, radiologiczne i materiałów wybuchowych. Badania pod kątem zagrożeń biologicznych w środę rano jeszcze trwały. Ewakuacja okolicznych mieszkańców, jak mówił rzecznik WP, nie była potrzebna.
Dopiero po wykluczeniu wszystkich zagrożeń grupa śledcza miała przystąpić do oględzin, wydobycia i zabezpieczenia szczątków. Rzecznik prokuratury mówił wcześniej Interii, że po zakończeniu czynności zapadnie decyzja, czy wszczynać śledztwo. W środowym komunikacie prokuratura o śledztwie nie wspomina.
Tym razem nie rosyjski
To ważna różnica, bo poprzednia taka historia na polskim wybrzeżu skończyła się zupełnie inaczej. 14 września wojsko podjęło z Bałtyku przy plaży w Rusinowie koło Jarosławca drona, którego wstępnie rozpoznano jako rosyjskiego Gerberę II. Według prokuratury przenosił głowicę o masie około 4 kg z detonatorem.
Komentarze (0)