Miasto mówi: Wrócicie. Mieszkańcy pytają: Dokąd? Spór w centrum Gdańska

Opublikowano:
Autor:

Miasto mówi: Wrócicie. Mieszkańcy pytają: Dokąd? Spór w centrum Gdańska - Zdjęcie główne
Autor: Maksymilian Zając
Zobacz
galerię
42
zdjęć

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Nieruchomości Gdańsk- Nie jesteśmy przeciwko rewitalizacji. Jesteśmy przeciwko robieniu jej ponad nami – mówią mieszkańcy Reduty Dzik, którzy po kilkudziesięciu latach życia na Bastionie Królik dostali wezwania do wyprowadzki. Miasto zapewnia, że wrócą do swoich domów. Ale czy na pewno? Sprawa wzbudza ogromne emocje.
reklama
reklama

Zimą Reduta Dzik wygląda inaczej niż na folderach o rewitalizacji. Nie ma zieleni, ogródków ani dzieci biegających po podwórzu. Jest chłód, szarość i wilgoć, która wgryzła się w cegłę tak głęboko, że wydaje się jej naturalnym kolorem.

Między tym krajobrazem stoją niskie, podłużne budynki przy ul. Reduta Dzik 1–7. Dachówki są popękane, rynny miejscami urwane, tynk odchodzi płatami. W niektórych oknach widać prowizoryczne uszczelnienia, folię, tekturę, stare zasłony. Z zewnątrz te domy wyglądają jakby powoli oddawały się czasowi.

Dla miasta to dziewięć budynków komunalnych wymagających „kompleksowej rewitalizacji”. Dla mieszkańców to coś znacznie więcej niż nieruchomość do remontu. To miejsce, w którym zakorzeniły się całe rodziny.

W rozmowie z Pulsem Gdańska swoje spojrzenie na to miejsce przedstawił Jacek Bujak, wieloletni mieszkaniec Reduty Dzik. Stanowisko miasta przekazał nam Dariusz Wołodźko, Główny Specjalista w Biurze Prezydenta Gdańska. 

reklama

Miejsce, które było światem samym w sobie 

Gdy Bujak oprowadza po okolicy, wskazuje miejsca, gdzie kiedyś były ogródki, komórki na opał, trzepaki, a nawet prowizoryczne place zabaw. Dziś zostały po nich jedynie zarośnięte skrawki ziemi i betonowe fundamenty. 

reklama

– Mieszkamy tu praktycznie od 1946 roku, zaraz po wojnie. To nie było zwykłe osiedle – to była taka mała wspólnota w środku miasta. Każdy miał ogródek, wiśnie, agresty, króliki, kury, komórki na opał, trzepak i huśtawki – mówi w rozmowie z „Pulsem Gdańska” mówi Jacek Bujak. – Dziadek zbudował żelbetową ziemiankę na ziemniaki. W ziemi znajdowaliśmy granaty, stare narzędzia, a kiedyś nawet końskie siodło. Jako dzieci bawiliśmy się wszędzie, chodziliśmy po lodzie przez kanał i podkładaliśmy monety pod tory.

Patrzy na przestrzeń między budynkami, dziś niemal opustoszałą.

– Ludzie sami dbali o teren, kosili trawę, wycinali chaszcze, robili przejścia. Miasto tego nie
utrzymywało – to mieszkańcy utrzymywali to miejsce przy życiu – dodaje Jacek Bujak.

reklama

Te wspomnienia nie są dla niego sentymentalnym dodatkiem. To klucz do zrozumienia, dlaczego dzisiejsze konflikty wokół rewitalizacji budzą tak silne emocje.

Lata zaniedbań, które wsiąkły w ściany

Wchodzimy pod budynek numer 3. Na ścianach widać ciemne plamy wilgoci. Tynk miejscami pęka jak wyschnięta glina. Dach jest nierówny, a rynny noszą ślady prowizorycznych napraw.

– Przez lata miasto praktycznie nic tu nie robiło. Dach przeciekał, woda lała się po kablach i licznikach, baliśmy się pożaru – mówi Bujak. I dodaje: – W latach 90. pękła rura przy murze Reduty Dzik i mieliśmy powódź. Zerwali podłogi i położyli nowe tynki, ale problem wilgoci i grzyba pozostał. Wniosek o wymianę okien złożyłem w latach 90. Czekaliśmy ponad 20 lat, dopiero około 2010 roku je wymieniono. To była właściwie jedyna poważna inwestycja miasta w tych budynkach.

Wchodzi do przedsionka i pokazuje filtr na rurze.

– Założyłem filtry na własny koszt, bo woda była brudna, pełna opiłków metalu. Zgłaszałem to do Sanepidu – tłumaczy nam, kiedy wspólnie spacerujemy po budynku. – Rury w ziemi mają ponad 80 lat, są stalowe i nadpalone. Do dziś nie mamy jasnej informacji, kiedy będą wymienione.

Pod ziemią kryje się więc druga warstwa kryzysu, niewidoczna na pierwszy rzut oka.

Budynek jak „banan” i drgania w murach

Jeden z domów wyraźnie odchyla się od pionu. Zimą widać to szczególnie wyraźnie, bo linia dachu wygląda jak krzywa fala na tle szarego nieba.

Bujak zatrzymuje się przed budynkiem, a chwilę później prowadzi do środka. Na ścianach widać długie, nieregularne rysy, biegnące przez tynk od sufitu aż w dół. Wskazując na nie:

– Kiedy kopali pod odpływ deszczówki, miałem w domu trzęsienie ziemi. Stół mi latał, a ściany zaczęły pękać. Moim zdaniem źle obliczyli przenoszenie drgań w gruncie – opowiada. – Zgłaszałem to wielokrotnie. Przyszedł kierownik z firmy, powiedział, że wszystko jest dobrze, ale pęknięcia dalej się pojawiały. To nie było dostosowane do tak starego budynku

Wilgoć stanowi tu stały element codziennego życia. Bujak zwraca uwagę, że bliskość Opływu Motławy sprzyja zawilgoceniu murów, a po przeprowadzonym przez niego remoncie problem grzyba pojawił się ponownie. Zlecił badania Sanepidowi, które potwierdziły obecność określonego rodzaju grzyba.

Tłumaczył też, że budynki mają tradycyjną pruską konstrukcję z drewnianymi belkami nośnymi, słomą pod tynkiem i później dołożonym sufitem podwieszanym. W jego ocenie jest to historyczna struktura, którą miasto zamierza zastąpić materiałami współczesnymi, takimi jak gazobeton.

Miasto odpowiada, że ochrona zabytku jest zachowana. W rozmowie z Pulsem Gdańska Dariusz Wołodźko, Główny Specjalista w Biurze Prezydenta Gdańska tłumaczy, jak wyglądał cały proces z ich punktu widzenia.

– Dokumentacja projektowa powstała w oparciu o obowiązujące przepisy prawa budowlanego i zgodnie z wymaganym zakresem. Zawiera ekspertyzy techniczne, uzgodnienia z rzeczoznawcami oraz wymagane warunki i decyzje. Została sporządzona przez osoby o odpowiednich kwalifikacjach i uprawnieniach, zgodnie z obowiązującymi przepisami i normami – przekonuje Dariusz Wołodźko. 

Jak podkreślał, samo położenie Reduty Dzik ma kluczowe znaczenie dla oceny projektu:

– Osiedle budynków znajduje się w obrębie Bastionu Królik, objętego ochroną konserwatorską poprzez wpis do rejestru zabytków. Chodzi o zespół bastionów Dolnego Miasta, tzw. Opływ Motławy, obejmujący m.in. Bastion św. Gertrudy, Żubr, Wilk, Wyskok, Miś i Królik, wpisany do rejestru decyzją z 24 lutego 1967 roku pod numerem 419 – informuje Dariusz Wołodźko. – W związku z tym dokumentacja została uzgodniona i zatwierdzona przez Pomorskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

Tu trzeba postawić zasadnicze pytanie: czy ochrona zabytku oznacza zachowanie oryginału, czy jego przebudowę?

Między projektem a codziennym życiem

Na jednej z elewacji projekt przewiduje duże okna tarasowe. Zimą to miejsce wygląda surowo, wystawione na północny wiatr i cień, jakby nie było stworzone do wypoczynku ani do widoków, które obiecuje wizualizacja.

Bujak wskazuje na ścianę i komentuje spokojnie: – Chcą wybić okna tarasowe tam, gdzie ich nigdy nie było. Od 1885 roku były zwykłe okna. To jest ingerencja w oryginalne mury i charakter zabytku. Co więcej, te tarasy mają być od strony północnej, gdzie zawsze było zimno i ciemno. Projekt w ogóle tego nie uwzględnia. Dla miasta to element podnoszący standard mieszkań. Dla mieszkańców to zmiana, która burzy logikę i historyczny charakter budynków.

Kilka kroków dalej wchodzimy do mieszkania. Zimą kuchnia jest tu naturalnym centrum domu, miejscem ciepła i światła. Na blacie stoi nowa kuchenka gazowa.

– Dwa lata temu kupiłem nową kuchnię i kuchenkę gazową. Teraz muszę ją sprzedać albo oddać, bo w mieszkaniach zastępczych wszystko jest na prąd – Bujak pokazuje ją bez entuzjazmu i podkreśla – Gaz dawał nam poczucie bezpieczeństwa. Jak nie ma prądu, można ugotować i się ogrzać. Tego w nowych lokalach już nie będzie.

Widać tu wyraźnie, że rewitalizacja nie dotyczy wyłącznie budynków. Przekłada się ona na konkretne, codzienne doświadczenia mieszkańców.

Pismo z 27 stycznia

Na stole leży oficjalne pismo miasta. Data jest wyraźna: 27 stycznia. Bujak wskazuje na dokument z wyraźnym wzburzeniem.

– Dostaliśmy pismo z 27 stycznia z nakazem natychmiastowego opuszczenia lokalu. Po tylu latach życia tutaj trudno to odbierać jako zwykłą procedurę. Dla nas wygląda to raczej jak nacisk, a wręcz forma szykanowania mieszkańców – mówi.

Miasto przedstawia to inaczej. W rozmowie z Pulsem Gdańska Dariusz Wołodźko podkreślał, że wezwania nie są działaniem „naciskowym”, lecz elementem formalnej procedury związanej z planowanym remontem.

– Potwierdzamy, że część lokatorów otrzymała wezwania przedsądowe do opuszczenia lokali w budynkach Reduta Dzik 1–7. Działanie to jest związane z koniecznością przeprowadzenia kompleksowego remontu i rewitalizacji obiektu – mówił.

Jak wyjaśniał urzędnik, wezwania trafiły do dwóch grup mieszkańców. Po pierwsze do osób, które zajmują lokale bez tytułu prawnego i z tego powodu nie kwalifikują się do otrzymania lokalu zamiennego ani socjalnego. Po drugie do lokatorów, którym miasto wielokrotnie proponowało mieszkania zamienne, lecz które żadnej z ofert nie przyjęły.

W takich sytuacjach – jak argumentuje magistrat – gmina, chcąc móc rozpocząć prace inwestycyjne, musi wystąpić o wyrok eksmisyjny wobec lokalu wskazanego przez Wydział Mieszkalnictwa.

Podstawą prawną działań miasta mają być przede wszystkim przepisy Kodeksu cywilnego, w szczególności art. 222 paragraf 1, dający właścicielowi prawo żądania wydania nieruchomości od osoby władającej nią bez tytułu prawnego, oraz art. 11 ustawy o ochronie praw lokatorów, który reguluje przypadki wypowiedzenia umów najmu i zasady kierowania spraw do sądu.

Wołodźko zaznaczał, że wezwania przedsądowe nie są jeszcze eksmisją, lecz formalnym etapem poprzedzającym ewentualne złożenie pozwu – jeśli lokatorzy nadal nie opuszczą lokali dobrowolnie mimo braku tytułu prawnego albo odmowy przyjęcia zaproponowanego mieszkania zamiennego.

Wykwaterowania w dwóch etapach

Miasto opisuje proces jako uporządkowany i rozpisany na etapy, choć jego tempo budziło pytania już wcześniej.

W rozmowie z Pulsem Gdańska Dariusz Wołodźko przypominał, że postępowanie przetargowe obejmuje wszystkie obiekty w Bastionie Królik, czyli dziewięć budynków. Oferenci zadawali liczne pytania do Specyfikacji Warunków Zamówienia, a miasto odpowiadało także po terminie ustawowym, co przesunęło harmonogram.

Proces przenosin mieszkańców prowadzony jest w dwóch etapach, zgodnie z Gminnym Programem Rewitalizacji. Szczegółowy przebieg wykwaterowań, liczby rodzin objętych poszczególnymi etapami oraz problemy z lokalami zamiennymi Puls Gdańska opisywał już wcześniej w materiale:

Prawo powrotu, ale na nowych zasadach

Miasto konsekwentnie powtarza, że wyprowadzki mają charakter tymczasowy, a dotychczasowi najemcy będą mogli wrócić do wyremontowanych mieszkań. W dokumentach i odpowiedziach urzędników brzmi to, jak gwarancja ciągłości, w praktyce jednak dla wielu lokatorów rodzi to poczucie niepewności.

– Miasto gwarantuje możliwość powrotu do lokali po zakończeniu remontu osobom, które na dzień wykwaterowania posiadały umowę najmu na czas nieoznaczony albo spełniały przesłanki do jej zawarcia oraz złożyły pisemne oświadczenie o woli powrotu – tłumaczy Dariusz Wołodźko.

Jak dodał, podstawą tych działań są przepisy ogólnokrajowe i lokalne:

– Opieramy się na ustawie z 8 grudnia 2006 roku o finansowym wsparciu niektórych przedsięwzięć mieszkaniowych oraz na uchwale Rady Miasta Gdańska z 2025 roku w sprawie zasad wynajmowania lokali gminnych. Uchwała ta zapewnia prawo powrotu dotychczasowych najemców do lokali przy ul. Reduta Dzik po zakończeniu prac rewitalizacyjnych. Dzięki tym regulacjom najemcy zachowują ciągłość uprawnień do korzystania z lokalu również po zakończeniu inwestycji, zgodnie z zapisami Gminnego Programu Rewitalizacji – wyjaśnia Wołodźko.

Jednocześnie procedura wymaga formalnej zmiany umów. Wołodźko podkreślał, że w inwestycjach finansowanych z tej ustawy najemcom wskazuje się lokale zamienne, dotychczasowe umowy są rozwiązywane, a w ich miejsce zawierane są nowe umowy najmu na czas nieoznaczony. Wskazywał też, że lokalna uchwała miasta wprost przewiduje możliwość powrotu do dotychczasowych mieszkań po remoncie i ma dostosować przepisy do Gminnego Programu Rewitalizacji.

Z perspektywy urzędu jest to więc rozwiązanie techniczne, niezbędne do prowadzenia inwestycji. Dla mieszkańców jednak rozwiązanie starej umowy i podpisanie nowej nie jest neutralną formalnością.  Jacek Bujak mówił, że mieszkańcy odbierają to jako realne ryzyko utraty dotychczasowej pozycji.

– My nie mamy problemu z samą rewitalizacją. Problem zaczyna się w momencie, kiedy po tylu latach życia tutaj słyszymy, że nasze stare umowy przestają obowiązywać, a dostaniemy nowe. To budzi niepokój, bo ludzie boją się, że w praktyce mogą stracić swoje miejsce –  mówi Jacek Bujak.

Bujak zwraca też uwagę na wymiar finansowy tej zmiany: – Dziś płacę około 7 zł za metr dzięki zniżkom za zły stan budynku. W lokalu zamiennym wraca pełna stawka około 14 zł. Dla wielu rodzin to nie pomoc, tylko finansowy cios.

Konsultacje czy monolog?

Miasto podkreśla, że robi to, co do niego należy.

– Budynki objęte zakresem sprawy stanowią własność Gminy Miasta Gdańska. Zarządzanie tym zasobem odbywa się w oparciu o przepisy prawa i należy do wyłącznych kompetencji gminy, która jako właściciel ma prawo i obowiązek zarządzać mieniem komunalnym w sposób racjonalny, zrównoważony i ekonomicznie uzasadniony – tłumaczy Wołodźko. – Indywidualne preferencje najemców uwzględniane są przede wszystkim wtedy, gdy dotyczą dostosowania lokalu do potrzeb osób z niepełnosprawnością.

Jacek Bujak odbiera to jednak inaczej.

– To nie były konsultacje, tylko prezentacje gotowych decyzji. Składałem uwagi i wnioski, ale były ignorowane. Jest komitet rewitalizacyjny, ale nie ma w nim żadnego mieszkańca Bastionu Królik – mówił wprost.

Dla niego dialog istnieje tylko na papierze.

Na końcu są ludzie

Stoimy przed jednym z piętrowych budynków. Bujak unosi rękę i wskazuje okna na górze.

– Na piętrze mieszka około 90-letnia pani. Schody są strome, okna niskie, warunki bardzo trudne. Prosiłem miasto, żeby zaproponowali jej mieszkanie na parterze, ale do dziś nie dostałem odpowiedzi – mówi Jacek Bujak.

Ten gest w stronę piętra mówi więcej niż niejedna ekspertyza.

Przechodzimy nad Opływ Motławy. Zimą woda jest skuta lodem, nieruchoma między starymi murami, jakby zamrożona razem z całym miejscem.

– Nie jesteśmy przeciwko rewitalizacji. Jesteśmy przeciwko robieniu jej ponad nami, bez rozmowy i bez szacunku dla ludzi, którzy mieszkają tu od pokoleń – Bujak podsumowuje rozmowę bez podnoszenia głosu.

Między pamięcią a modernizacją, między urzędową procedurą a codziennym życiem mieszkańców, Reduta Dzik zawisła dziś pomiędzy dwoma porządkami. Zamarznięty Opływ, surowe mury i puste podwórza potęgują to wrażenie zawieszenia, jakby całe miejsce czekało, by zobaczyć, co naprawdę wyłoni się spod lodu, gdy przyjdzie odwilż.

reklama
WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo