reklama

„On był tym motorem napędowym”. W Gdańsku odsłonięto tablicę. Jego historia wciąż inspiruje

Opublikowano:
Autor:

„On był tym motorem napędowym”. W Gdańsku odsłonięto tablicę. Jego historia wciąż inspiruje - Zdjęcie główne
Autor: MZ | Opis: W Gdańsku odsłonięto 50. tablicę. Upamiętnia niezwykłego gdańszczanina

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Wiadomości GdańskW Gdańsku odsłonięto tablicę poświęconą człowiekowi, którego pasja prowadziła go w miejsca, o których większość mogła tylko marzyć. Za jego historią kryją się niezwykłe wyprawy, tajemnice i odkrycia, o których do dziś opowiadają inni.
reklama
reklama

Przy ul. Hołdu Pruskiego 6 w Gdańsku spotkali się ludzie, dla których Jerzy Janczukowicz był nie tylko znanym mieszkańcem Oliwy. Dla jednych był teściem i dziadkiem, dla innych mentorem i człowiekiem, który pokazał im podwodny świat. Odsłonięta tablica ma zachować pamięć o jego działalności.

Kim był Jerzy Janczukowicz? Z Gdańskiem związał całe życie

Jerzy Janczukowicz urodził się 8 października 1938 roku w Wilnie. W 1945 roku jego rodzina przeniosła się do Gdańska. Po latach to właśnie tutaj zbudował swoją zawodową i społeczną działalność. W 1963 roku ukończył Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej. Pracował między innymi w Stoczni Gdańskiej, biurze projektowym Politechniki Gdańskiej, Przedsiębiorstwie Robót Hydrotechnicznych Hydrobudowa oraz jako kierownik gdańskiego oddziału Centralnego Ośrodka Badawczo Rozwojowego Budownictwa Hydrotechnicznego Energopol.

reklama

Najważniejszą częścią jego działalności stało się jednak nurkowanie i poszukiwania podwodne. Janczukowicz był związany z Gdańskim Klubem Płetwonurkowym „Rekin”, którego początki sięgają 1957 roku. Klub powstał jako Naukowe Koło Badań Podwodnych przy Politechnice Gdańskiej. Janczukowicz dołączył do niego jako student, a w 1958 roku został jego prezesem. Funkcję tę pełnił praktycznie do końca życia. Od 1994 roku prowadził również Centrum Badań Podwodnych „Rekin”. To właśnie dzięki tej działalności przez lata organizował wyprawy, poszukiwał wraków i zatopionych obiektów, zajmował się podwodną archeologią oraz angażował się w wydobywanie historycznych pozostałości.

W Oliwie odsłonięto 50. tablicę w Gdańsku

Uroczystość miała szczególne znaczenie także z innego powodu. Tablica poświęcona Janczukowiczowi jest 50. tablicą w miejskim systemie upamiętnień Gdańska. Andrzej Stelmasiewicz, prezes Fundacji Wspólnota Gdańska i inicjator projektu, przypomniał, że właśnie Oliwa jest miejscem, w którym takich tablic znajduje się szczególnie dużo. W całym Gdańsku jest ich około 50, a co najmniej połowa znajduje się w Oliwie.

reklama

- Ja czasem powtarzam, że Gdańsk jest niezwykle bogatym miastem i nie z powodu pieniędzy czy jakichś nie wiadomo jakich zabytków, tylko z powodu ludzi, którzy w nim żyli i dalej żyją. Tutaj jest mnóstwo pasjonatów, fantastycznych ludzi. Jednym z takich ludzi, o których pamięć długo nie przeminie, a może, daj Boże, nigdy nie przeminie, był pan Jerzy Janczukowicz. Pamiętam, jak tutaj, w tym miejscu, czołgi stały czy inne jakieś armaty. Była to atrakcja dla ludzi przechodzących, ale też była to próba realizacji marzenia, żeby stworzyć muzeum i stare urządzenia wojenne gdzieś zachować - mówił Andrzej Stelmasiewicz, prezes Fundacji Wspólnota Gdańska i inicjator projektu.

Stelmasiewicz podziękował również Magdzie Majchrzakowskiej, związanej z organizacją i opieką nad projektem tablic upamiętniających mieszkańców Oliwy. Przypomniał przy tym, że sam standard upamiętniania wybitnych gdańszczan i gdańszczanek został opracowany w Biurze Prezydenta do spraw Kultury.

reklama

Miasto przypomniało, dlaczego warto zachować tę historię

W imieniu władz Gdańska podczas uroczystości wystąpiła Dorota Raczkowska. Przekazała pozdrowienia od prezydent Aleksandry Dulkiewicz i zwróciła uwagę na znaczenie takich spotkań.

- Bardzo cieszymy się z takich wydarzeń, bo zawsze spotykamy osoby, które z miłym wspomnieniem upamiętniają człowieka, wydarzenie albo ważne miejsce dla Gdańska. To jest dokładnie, Andrzeju, 50. tablica w naszym systemie tablic. Bardzo cieszymy się, że wszystkie te tablice, które są w Oliwie, powstają z inicjatywy Wspólnoty Gdańskiej i że są ludzie w Oliwie, którzy opiekują się tym tematem oraz osobami, które warto upamiętniać. Niewątpliwie pan Jerzy jest jedną z takich osób - mówiła Dorota Raczkowska, reprezentująca podczas uroczystości władze Gdańska.

Podczas wystąpienia pojawiła się również prośba, aby historia Janczukowicza była przekazywana dalej. Sama tablica ma bowiem przypominać nie tylko jego nazwisko, lecz także to, czym zajmował się przez dziesięciolecia.

Rozwiń

„Rekin” był jego miejscem. Jego pasja porwała setki nurków

O działalności Janczukowicza opowiedział Krzysztof Niecko, obecny opiekun i koordynator działań Gdańskiego Klubu Płetwonurkowego „Rekin”. Dla niego Villa Rekin jest miejscem bezpośrednio związanym z człowiekiem, który wpłynął na życie wielu osób.

- Villa Rekin, przed którą Państwo stoją, kojarzy mi się z Jerzym Janczukowiczem, jego charyzmą i jego pasją do nurkowania, do odkrywania, do poszukiwania. To był człowiek, który zaraził mnie, jak i rzesze innych nurków, myślę, że setki nawet nurków w Polsce, chęcią do odkrywania podwodnego świata, do poszukiwania, do znajdowania, do radzenia sobie też w trudnych sytuacjach. To była postać wyjątkowa, która ukształtowała też kierunek mojego życia - mówił Krzysztof Niecko, opiekun i koordynator działań Gdańskiego Klubu Płetwonurkowego „Rekin”.

Niecko, sam trafił do klubu jako student Politechniki Gdańskiej. Podczas uroczystości zwrócił uwagę, że dzięki działalności takich osób jak Janczukowicz wiele odkryć nie zostało zapomnianych. Jednym z najważniejszych przedsięwzięć była wyprawa do wraku Wilhelma Gustloffa. Jak podkreślał Niecko, była to największa wyprawa nurkowa w historii polskiego nurkowania, a uczestniczyli w niej amatorzy, a nie zawodowi nurkowie.

- Dzięki takim ludziom jak Jerzy pewne rzeczy, których byśmy nie znali albo o nich nie wiedzieli, albo których byśmy nie odkryli, nie giną w czeluściach historii, tylko trafiają do muzeów. To dzięki Jerzemu i jego determinacji odbyła się największa w historii polskiego nurkowania ekspedycja na wrak Wilhelma Gustloffa. Te zdjęcia, które tutaj Państwo widzą na planszy, zostały zrobione na pokładzie Konstelacji. Była to największa wyprawa nurkowa, jaka kiedykolwiek się odbyła, i była realizowana przez nurków amatorów, nie nurków zawodowych - podkreślał Krzysztof Niecko.

Junkers z jeziora Mamry i inne ślady działalności Janczukowicza

Historia Janczukowicza to jednak znacznie więcej niż wyprawa do Wilhelma Gustloffa. W 1961 roku kierował akcją wydobycia Junkersa Ju 188 D2 z jeziora Mamry. Samolot został wyciągnięty z dna i skierowany do dalszego wykorzystania. W 1997 roku podczas kolejnej wyprawy odnaleziono Messerschmitta Bf 109. Samolot został wydobyty z jeziora znajdującego się na terenie poligonu w Drawsku Pomorskim, a następnie odrestaurowany. Dziś można go oglądać w Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie.

Efekty poszukiwań Janczukowicza znajdują się również w innych placówkach. Eksponaty związane z jego odkryciami można znaleźć w Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu, Muzeum Lotnictwa w Krakowie, Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni oraz Muzeum Nurkowania w Warszawie.

Janczukowicz zajmował się także kolekcjonowaniem historycznych pojazdów. Przed Villa Rekin prezentowane były między innymi czołg T 34/85 oraz wojskowe ciężarówki. W kolekcji znajdowały się także samochody Mercedes 170VB, Mercedes 170VA, Mercedes 230 i Mercedes 290 Pullman, DKW Furgon, Stoewer Greif Junior, Willys MB, Ford GP, ZiŁ 157, GAZ 63A oraz GAZ 67 Czapajew. Pojazdy były prezentowane przed willą w latach 2001–2013. Później przeniesiono je do skansenu w Żukowie.

Tak wyglądało nurkowanie w czasach PRL

O tym, jak trudne było organizowanie takich przedsięwzięć kilkadziesiąt lat temu, mówiła Karolina Janczukowicz, synowa Jerzego. Poznała go w 2005 roku, dlatego jej spojrzenie na jego działalność było inne niż osób, które towarzyszyły mu od początku. Dopiero po jego śmierci, podczas przeglądania dokumentów i rozmów z jego znajomymi, zaczęła odkrywać kolejne szczegóły jego życia. Zwróciła uwagę na realia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dostęp do sprzętu, możliwość podróżowania czy organizowania większych wypraw wyglądały wtedy zupełnie inaczej niż obecnie.

- Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do czasów, kiedy on działał i kiedy rozpoczynał swój klub płetwonurków. To wszystko działo się w PRL, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Trzeba sobie uzmysłowić, jak wtedy świat wyglądał i jakim wyzwaniem było właściwie cokolwiek. Nie mówię już nawet o wyjechaniu za granicę, zdobyciu paszportu czy dostaniu go tylko na okres wyjazdu. Znajomi Jerzego ciągle opowiadają mi, jak Dodgem jechali i kilka razy psuł się samochód, więc nie było nawet pewności, czy dostaną się do celu. A mimo tego Jerzemu udawało się organizować ludzi i sprawiać, że wszyscy coś robili - wspominała Karolina Janczukowicz.

Jeszcze lepiej pokazuje to historia pierwszych pianek nurkowych. Janczukowicz przez kolejne lata zwracał się do zakładów przetwórstwa gumowego z prośbami o materiały potrzebne do ich wykonania. Odpowiedzi były odmowne. W końcu udało się zdobyć ścinki pianek z Zachodu oraz wodoodporne suwaki z demobilu. Z tych materiałów klubowicze własnoręcznie szyli sprzęt, w którym później nurkowali.

Syn myślał, że Dodge jeździ na wodę

Wspomnienia o Jerzym Janczukowiczu pokazują nie tylko skalę jego wypraw i poszukiwań, ale także codzienność, w której wielkie plany mieszały się z bardzo przyziemnymi problemami. Jedną z takich historii opowiedziała Karolina Janczukowicz, jego synowa. W latach 60. i 70. organizowanie wypraw nie było proste. Problemem mogły być paszporty, wyjazdy zagraniczne, a nawet zwykły dojazd na miejsce. Znajomi Jerzego wspominali, że podczas podróży wysłużonym Dodgem samochód wielokrotnie się psuł. Nie było pewności, czy uczestnicy wyprawy w ogóle dotrą do celu.

Właśnie z tym samochodem wiąże się jedna z rodzinnych anegdot, którą Karolina Janczukowicz przytoczyła podczas uroczystości odsłonięcia tablicy w Oliwie.

- Najlepszą taką anegdotką, jak to wtedy wyglądało, niech będzie historia o tym, że wówczas kilkuletni Michał, syn Jerzego, był przekonany, że Dodge to jest napędzany na wodę, dlatego że tyle razy widział, jak wodę wlewano do chłodnicy, która się ciągle psuła i była dziurawa. Więc patrząc na to, lepiej możemy zrozumieć, ile ludziom i swojemu otoczeniu dawał właśnie Jerzy - wspominała Karolina Janczukowicz.

Ta krótka historia dobrze pokazuje warunki, w jakich powstawały kolejne wyprawy. Z jednej strony były to ambitne poszukiwania i odkrycia, z drugiej codzienność oznaczała naprawianie samochodu, zdobywanie potrzebnego sprzętu i radzenie sobie z problemami, które dziś trudno sobie wyobrazić.

Bursztynowa Komnata i wyprawy, które przypominały ekspedycje na Titanica

Wyprawy związane z poszukiwaniami podwodnymi miały jeszcze jeden wymiar. Za każdym odnalezionym obiektem kryła się historia ludzi i wydarzeń, które doprowadziły go na dno. Karolina Janczukowicz wspominała wyprawę na jezioro Mamry, podczas której odnaleziono Junkersa. Poszukiwania samolotu prowadziły jednocześnie do historii lotników walczących po dwóch stronach konfliktu.

Ważnym elementem działalności Janczukowicza były również plany związane z poszukiwaniem Bursztynowej Komnaty.

- Te wyprawy były trochę niczym wyprawy na wrak Titanica. Dla ludzi, którzy w nich uczestniczyli, były niesamowitą przygodą, niebezpieczną, ale bardzo ciekawą. Kiedy myślimy o jeziorze Mamry i o tym, że odkrywając i wyciągając Junkersa z dna jeziora, jednocześnie poznawało się dramatyczną historię lotników z dwóch przeciwnych obozów, widać, jak wiele historii kryło się za tymi wyprawami. Do tego dochodziły ciągłe marzenia, plany i poszukiwania Bursztynowej Komnaty, zupełnie jak z bajki - mówiła Karolina Janczukowicz.

To właśnie ta mieszanka historii, przygody i ryzyka przyciągała do Janczukowicza kolejne osoby. Jak wspominała jego synowa, jego działalność pokazywała różnicę między zwykłym hobby a pasją, której podporządkowuje się dużą część życia.

„To on był motorem napędowym”

Karolina Janczukowicz podkreślała, że w wielu przedsięwzięciach uczestniczyło oczywiście znacznie więcej osób. To jednak Jerzy Janczukowicz często był tym, który rozpoczynał kolejne działania i potrafił zebrać wokół nich innych.

- To oczywiście było więcej ludzi, to byli wszyscy ludzie, ale jednak on był tym motorem napędowym. W jego życiu widać różnicę między takim hobby przy kawie, kiedy nam się nudzi i coś sobie zrobimy, a prawdziwą życiową pasją, której poświęca się cały czas i przy której często ryzykuje się nawet zdrowiem albo życiem, bo to były często ryzykowne wyprawy - mówiła Karolina Janczukowicz.

Jerzy Janczukowicz zmarł 27 lipca 2020 roku w Gdańsku. Miał 82 lata. Został pochowany na cmentarzu w Oliwie. Dziś jego historia pozostaje związana nie tylko z miejscem, przed którym odsłonięto tablicę. Jest obecna także wśród nurków, w muzealnych zbiorach i w opowieściach ludzi, którzy przez lata uczestniczyli w jego wyprawach.

Podczas uroczystości rodzina, przyjaciele i przedstawiciele środowiska nurkowego pokazali, że za nazwiskiem na pamiątkowej tablicy kryje się historia pełna wypraw, odkryć, trudnych decyzji, rodzinnych anegdot i ludzi, których Janczukowicz potrafił przekonać do wspólnego działania.

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
logo