Dziś w podziemiach pod placem Dominikańskim działa klub U7. W czasie II wojny światowej znajdował się tam potężny schron przeciwlotniczy. Od lat krąży opowieść, że podczas walk o Gdańsk w marcu 1945 roku miały zginąć w nim setki osób. Według niektórych relacji schron został zalany wodą, a znajdujący się w środku mieszkańcy nie zdołali się wydostać. Problem w tym, że do dziś nie udało się znaleźć dokumentów, które potwierdzałyby tę historię.
Schron pod placem Dominikańskim został zbudowany w 1942 roku. Żelbetowa konstrukcja miała powierzchnię około 600–800 metrów kwadratowych i miała zapewnić ochronę mieszkańcom podczas alianckich nalotów.
W marcu 1945 roku sytuacja w Gdańsku była dramatyczna. Miasto znajdowało się w ogniu walk między wojskami niemieckimi i Armią Czerwoną. Mieszkańcy szukali schronienia w podziemnych obiektach, a infrastruktura miejska stopniowo przestawała funkcjonować.
Według jednej z późniejszych wersji wydarzeń 26 marca miało dojść do przerwania dostaw energii elektrycznej. W konsekwencji przestały działać urządzenia odprowadzające wodę ze schronu. Podziemia miały zostać zalane, a znajdujący się tam ludzie mieli utonąć.
W najbardziej dramatycznych relacjach pojawia się także informacja, że po wkroczeniu żołnierzy radzieckich wyjścia ze schronu miały zostać zablokowane. Liczba ofiar w różnych przekazach sięgała nawet kilkuset lub ponad tysiąca osób.
Świadkowie opowiadali o ludzkich szczątkach
Historia schronu zaczęła być szerzej opisywana po wojnie dopiero wiele lat później. Szczególnie dużo materiałów prasowych pojawiło się w latach 90.
Jednym ze świadków, którzy opowiadali o wydarzeniach związanych ze schronem, był Stefan Piskorski. W 1945 roku miał 17 lat. Piskorski twierdził, że widział osoby wynoszące ze schronu cuchnący szlam oraz ludzkie szczątki. Podobne opowieści pojawiały się także w innych relacjach publikowanych wiele lat później.
W 1998 roku „Dziennik Bałtycki” opublikował artykuł poświęcony tajemnicy schronu. Do dziennikarzy zgłaszali się świadkowie oraz osoby, które znały relacje swoich bliskich. Opisywano między innymi informacje o ekshumacji ciał po wojnie.
To właśnie te relacje sprawiły, że historia zaczęła funkcjonować jako jedna z najbardziej ponurych opowieści związanych z ostatnimi dniami wojennego Gdańska.
Brakuje jednego – dokumentów
Problem z potwierdzeniem tej historii pojawia się przy próbie dotarcia do źródeł z czasu wojny i pierwszych miesięcy po jej zakończeniu.
W 2017 roku w Radzie Miasta Gdańska pojawiła się interpelacja dotycząca upamiętnienia historii schronu wystosowana przez Łukasza Hamandyka. W odpowiedzi przywołano opinię historyków, którzy zwrócili uwagę na brak dokumentacji potwierdzającej tragedię.
W uzasadnieniu do interpelacji czytamy:
— Jak wynika z opinii kompetentnych historyków, zdarzenie utopienia w 1945 r. wielu ludzi w dawnym schronie (dzisiaj klub U7), nie zostało dotąd w sposób wystarczający udokumentowane. Mimo poszukiwań nie udało się odnaleźć dokumentów ani żadnych materiałów źródłowych, które pozwoliłyby wyjaśnić jego przebieg, wskazać sprawców czy oszacować liczbę ofiar. W dokumentach, ani w prasie z lat 1945–46 nie natrafiono na wzmianki potwierdzające, że owa tragedia miała miejsce (mogłyby to być choćby wzmianki o wydobyciu ciał ofiar i ich późniejszym pochówku).
W dokumencie zwrócono również uwagę na jeszcze jeden problem. Pojawiające się w internecie informacje kwestionują techniczną możliwość zalania schronu w sposób opisywany w późniejszych relacjach.
— Istnieje zatem możliwość, że cała historia, o której informacje zaczęły krążyć po 1990 r., nie jest niczym więcej jak tylko ponurą legendą — napisano w uzasadnieniu.
Autorzy dokumentu zaznaczyli jednak, że nie oznacza to jednoznacznego rozstrzygnięcia, iż do tragedii nie doszło. Podkreślili przede wszystkim brak wystarczających źródeł, które pozwalałyby potwierdzić jej przebieg.
W dokumencie znalazło się również zastrzeżenie dotyczące przypisywania odpowiedzialności konkretnym osobom lub grupom:
— W związku z powyższym, byłoby rzeczą niewłaściwą, by Miasto w sposób oficjalny wypowiadało się w sprawie tego wydarzenia, a zwłaszcza wskazywało domniemanych sprawców zbrodni, zanim sprawa ta zostanie w należyty sposób wyjaśniona przez historyków.
Ponura legenda czy zapomniana tragedia?
Historia schronu pod placem Dominikańskim pozostaje więc nierozwiązaną zagadką.
Z jednej strony istnieją relacje osób, które twierdziły, że znały szczegóły wydarzeń albo widziały ich skutki. W latach 90. do dziennikarzy zgłaszali się kolejni świadkowie i osoby przekazujące rodzinne wspomnienia. Opowieści o zalaniu schronu oraz późniejszym usuwaniu ludzkich szczątków nie pojawiły się więc wyłącznie w jednej relacji.
Z drugiej strony brakuje dokumentów z 1945 i 1946 roku, które pozwoliłyby potwierdzić, że w schronie rzeczywiście doszło do masowej śmierci mieszkańców. Nie ma również pewnej liczby ofiar ani źródłowego potwierdzenia wersji mówiącej o celowym zablokowaniu wyjść.
Dlatego dzisiaj nie można przedstawiać tej historii jako bezspornego faktu. Można natomiast mówić o tragedii, o której przez lata opowiadali świadkowie, ale której dokładnego przebiegu nie udało się dotąd potwierdzić w dokumentach.
Schron przetrwał wojnę i przez kolejne dekady zmieniał swoje przeznaczenie. Dziś znajduje się w nim klub U7. Setki osób odwiedzających to miejsce mogą nawet nie wiedzieć, że pod ich stopami znajduje się jeden z najbardziej tajemniczych wojennych obiektów Gdańska.
Komentarze (0)