- „Wychodzimy na morze”. Co to właściwie oznacza?
- Tu nie ma miejsca na chaos. Tak naprawdę wygląda budowa farmy na Bałtyku
- 600 osób i kilkadziesiąt statków. Jak to ogarnąć?
- Bałtyk pełen statków?
- Pogoda – czynnik, którego nie da się kontrolować
- Kable pod dnem i sprzęt o ogromnej skali
- Stacje na morzu. Kluczowy element układanki
- Polskie firmy w projekcie
To moment, w którym przygotowania schodzą na drugi plan, a zaczyna się właściwa budowa.
„Wychodzimy na morze”. Co to właściwie oznacza?
Choć projekt Baltica 2 pojawia się w przestrzeni publicznej od dłuższego czasu, dopiero teraz wchodzi w etap, który faktycznie zmieni krajobraz Bałtyku – choć niekoniecznie będzie to od razu widoczne dla mieszkańców wybrzeża.
– Rok 2026 to jest przełomowy rok dla projektu Baltica II, bo właśnie w maju rozpoczynamy instalację monopali, czyli wychodzimy na morze. To moment, w którym projekt przestaje być przygotowaniem, a staje się realną operacją offshore. Chcemy pokazać kulisy tego procesu, bo to największy projekt morskiej energetyki wiatrowej, jaki realizujemy – przekazała Beata Głuszcz, Head of Communication Offshore Poland.
W praktyce oznacza to początek najbardziej wymagającej fazy inwestycji tej, w której wszystko musi być zsynchronizowane: sprzęt, ludzie, transport i pogoda.
Z perspektywy mieszkańców Pomorza przez ostatnie miesiące niewiele się działo. W rzeczywistości był to jeden z kluczowych etapów całej inwestycji.
– Poprzedni rok to był tak naprawdę rok produkcji i przygotowań. Powstawały monopale, produkowano dodatkowe struktury stalowe w Gdańsku i Gdyni, oczyszczaliśmy dno morskie, żeby przygotować je do bezpiecznej instalacji. To wszystko było konieczne, żebyśmy dziś mogli wejść w najbardziej intensywną fazę projektu – podkreśliła Głuszcz.
To właśnie wtedy powstawały elementy, które w najbliższych miesiącach trafią na morze.
– Naszym celem jest to, aby już w 2027 roku dostarczyć pierwszy prąd do polskich sieci elektroenergetycznych, który zasili ponad 2,5 miliona gospodarstw domowych – dodała.
Tu nie ma miejsca na chaos. Tak naprawdę wygląda budowa farmy na Bałtyku
Jednym z częściej powtarzających się wątków podczas spotkania była skala organizacyjna projektu. Budowa farmy wiatrowej na morzu nie przypomina klasycznej inwestycji.
– Naszą główną rolą jest koordynacja operacji morskich oraz zapewnienie, że będą realizowane w sposób bezpieczny. Zarządzamy statkami instalacyjnymi, jednostkami wsparcia, kontrolujemy dostęp do placu budowy i współpracujemy z administracją morską – wyjaśnił Łukasz Stępień, Offshore Site Manager Baltica-2
Zanim pojawi się pierwsza turbina, trzeba stworzyć cały system działania.
– Zanim postawimy pierwszą turbinę, musimy stworzyć cały ekosystem operacyjny. Procedury, logistyka, zasady działania – wszystko musi być gotowe wcześniej, bo na morzu nie ma miejsca na błędy – dodał.
600 osób i kilkadziesiąt statków. Jak to ogarnąć?
W szczytowym momencie projekt przypomina bardziej złożoną operację logistyczną niż budowę.
– W szczytowym momencie na morzu może pracować jednocześnie od 600 do 700 osób, a pojedyncza operacja instalacyjna angażuje nawet ponad 20 jednostek – wskazał Marcin Dudek, Offshore Site Coordinator.
To wymusza ścisłą współpracę.
– Nie możemy sobie pozwolić na samowolkę. Wszystkie działania muszą być zsynchronizowane, żeby uniknąć konfliktów instalacyjnych i przestojów – podkreślił Marcin Dudek.
Bez systemów cyfrowych taka operacja byłaby trudna do opanowania.
– System zarządzania operacjami pozwala nam śledzić w czasie rzeczywistym położenie statków, status prac oraz lokalizację ludzi. Dzięki temu możemy szybko reagować i unikać zagrożeń – wyjaśnił Marcin Dudek.
To właśnie dzięki temu możliwe jest kontrolowanie setek elementów jednocześnie.
Bałtyk pełen statków?
Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, że inwestycja realizowana jest na jednym z bardziej ruchliwych akwenów.
– W tym rejonie rocznie przepływa ponad pięć tysięcy jednostek. Nasze kable przecinają główne trasy żeglugowe, dlatego tak ważna jest koordynacja prac i komunikacja z innymi użytkownikami morza – zaznaczył Łukasz Stępień.
To sprawia, że projekt funkcjonuje równolegle z normalnym ruchem morskim.
Pogoda – czynnik, którego nie da się kontrolować
Nawet najlepiej przygotowany plan musi uwzględniać warunki na morzu.
– Pogoda to jeden z kluczowych czynników. Korzystamy z zaawansowanych prognoz i własnych pomiarów, żeby planować operacje z wyprzedzeniem i ograniczać ryzyko – podkreślono.
To często właśnie warunki atmosferyczne decydują o tempie prac.
Kable pod dnem i sprzęt o ogromnej skali
Instalacja kabli to jeden z tych etapów, o których rzadko się mówi, a który w praktyce decyduje o powodzeniu całej inwestycji. To właśnie tutaj spotykają się precyzja inżynierska, trudne warunki morskie i logistyka na dużą skalę.
– Wykop pod kabel ma od około 0,6 do 1,5 metra głębokości, w zależności od warunków dna. To właśnie on chroni kabel przed uszkodzeniami, np. przez kotwice czy trałowanie – wyjaśniła Anastasia Zielińska.
To jednak tylko fragment całego procesu. Zanim kabel w ogóle trafi do wykopu, dno musi zostać odpowiednio przygotowane.
– Najpierw wykonujemy wykop liniowy pod kabel przy użyciu specjalistycznych jednostek. Później dochodzą prace związane z wyrównywaniem dna, bo ono nie jest płaskie – mamy fale piaskowe, które musimy usunąć, żeby instalacja była bezpieczna i stabilna – tłumaczyła.
Skala używanego sprzętu pokazuje, z jak wymagającą operacją mamy do czynienia.
– Używamy m.in. specjalistycznego pługa o wadze około 80 ton, który jest opuszczany na dno morskie i ciągnięty przez statek. On fizycznie „rozcina” dno i przygotowuje trasę pod kabel – dodała.
Do tego dochodzi jeszcze etap kontroli.
– Po wykonaniu wykopów prowadzimy badania dna, żeby sprawdzić, jak ono wygląda po czasie i czy wszystko jest gotowe pod instalację kabla. To bardzo ważne, bo warunki na morzu potrafią się zmieniać dynamicznie – podkreśliła Zielińska.
Stacje na morzu. Kluczowy element układanki
Choć najczęściej mówi się o turbinach, to bez morskich stacji elektroenergetycznych cała inwestycja nie miałaby sensu. To one odpowiadają za zebranie i przesłanie energii dalej.
– To serce farmy wiatrowej. Zbierają energię z turbin i przesyłają ją na ląd. Każda z nich waży około 3,5 tysiąca ton i zawiera ogromną ilość infrastruktury – tłumaczył Tobiasz Cieślak, Structural Engineering Manager
Ich skala robi wrażenie nie tylko na papierze.
– To konstrukcje wielopoziomowe, o długości kilkudziesięciu metrów, wyposażone w transformatory, rozdzielnie i systemy sterowania. W środku mamy ogromną ilość instalacji – to są setki kilometrów kabli na jednej stacji – wyjaśnił.
Stacje są zaprojektowane tak, by działały praktycznie bezobsługowo.
– Każda z nich jest zarządzana z lądu. Systemy pozwalają monitorować i kontrolować pracę całej infrastruktury bez stałej obecności ludzi na miejscu – dodał. – Bez tych stacji energia z turbin nie miałaby jak trafić do sieci. To one odpowiadają za przetworzenie i przesłanie energii do krajowego systemu elektroenergetycznego.
W praktyce oznacza to, że choć turbiny są najbardziej widoczne, to właśnie stacje decydują o tym, czy farma faktycznie działa.
Polskie firmy w projekcie
Choć inwestycja ma międzynarodowy charakter, udział lokalnych firm już jest widoczny.
– W projekcie uczestniczą polskie firmy, m.in. przy produkcji elementów stalowych czy realizacji przewiertów. Wraz z rozwojem rynku ten udział będzie się zwiększał – zaznaczyła Beata Głuszcz.
Na dziś lokalny udział szacowany jest na około 20–25 procent.
Komentarze (0)