Listy i oddział gotowe przed wojną
Pomorze miało zostać wcielone wprost do Rzeszy. Polaków zdolnych do oporu nie mogło tam więc być. Miejscowi naziści z pomocą pomorskich Niemców spisali nazwiska nauczycieli, księży, urzędników, lekarzy, kupców i działaczy, zanim Wehrmacht przekroczył granicę.
W lipcu 1939 roku w Wolnym Mieście Gdańsku powstał oddział SS Wachsturmbann „Eimann”. We wrześniu jego esesmani szturmowali Pocztę Polską i rozstrzelali jej obrońców. Jesienią to oni strzelali w Piaśnicy.
Po zajęciu Gdyni Niemcy zatrzymali 120 zakładników, 130 osób z list proskrypcyjnych i 2250 podejrzanych o udział w obronie miasta. Przetrzymywano ich i przesłuchiwano w Gdyni, Gdańsku i w wejherowskim więzieniu. Stamtąd wieziono ich do lasu.
Kaci z sąsiedztwa
Między 8 a 10 września Heinrich Himmler zdecydował o utworzeniu Selbstschutzu, formacji złożonej z miejscowych Niemców, obywateli przedwojennej Polski. Na Pomorzu wstąpiło do niej ponad 38 tysięcy mężczyzn, praktycznie wszyscy w wieku od 17 do 45 lat. Znali okolicę, znali ludzi, wiedzieli, kogo szukać.
W Piaśnicy Selbstschutz nie tylko pilnował i konwojował. Na jednym z zachowanych zdjęć egzekucji na pierwszym planie stoi pluton złożony właśnie z członków tej formacji. Muzeum Piaśnickie podkreśla, że wśród zabójców bywali sąsiedzi i znajomi ofiar z Wejherowa i Pucka.
150 osób dziennie
Egzekucje trwały od jesieni 1939 do wiosny 1940 roku. Kierowało nimi gdańskie gestapo i Einsatzkommando 16, a strzelali esesmani Eimanna, żandarmi i Selbstschutz.
Jeden pluton był w stanie rozstrzelać około 150 osób dziennie. Strzelano także nocą, w świetle samochodowych reflektorów. Ciała wrzucano do masowych grobów. Jeden z nich, grób nr 20, miał prawie 10 metrów długości i ponad 3 metry głębokości.
Ginęli Polacy z Gdyni, Wejherowa, Pucka i Kaszub, w tym co najmniej 53 księży, 50 nauczycieli i 86 urzędników. Do lasu przywożono też około 2 tysięcy pacjentów szpitali psychiatrycznych z Rzeszy oraz niemieckie i czeskie rodziny. Liczba 12 do 14 tysięcy ofiar pochodzi z 1946 roku i była liczona z zeznań świadków i pojemności grobów, dlatego badaczka Barbara Bojarska radziła traktować ją ostrożnie.
Najpierw ognisko, potem cisza
W sierpniu 1944 roku, gdy zbliżał się front, Niemcy przywieźli do Piaśnicy 36 więźniów Stutthofu. Przez kilka tygodni rozkopywali oni groby i palili ciała na stosach. Potem sami zostali zamordowani, a miejsca po mogiłach zamaskowali niemieccy rolnicy z okolicznych wsi. Właśnie dlatego do dziś nie znamy dokładnej liczby ofiar.
Jak dowodzono prawdy?
Pierwszym dowodem były zdjęcia samych sprawców. Egzekucje fotografował Waldemar Engler, który prowadził zakład fotograficzny w Wejherowie, a zarazem był esesmanem. Jego polscy pracownicy wykradli odbitki.
Od 7 do 22 października 1946 roku w lesie pracowała komisja pod kierunkiem sędziego Antoniego Zachariasiewicza. Odnaleziono 30 grobów, dokładnie zbadano 26. Niespalone ciała, 305 ofiar, leżały pod warstwą wapna tylko w dwóch. Rodziny rozpoznały 55 osób, w tym 39 mieszkańców Gdyni. Trzydziestu z nich pochowano 26 października 1946 roku na cmentarzu wojskowym w Redłowie.
Potem przyszły procesy. Gauleitera Alberta Forstera, odpowiedzialnego za całą politykę okupacyjną na Pomorzu, osądził w 1948 roku Najwyższy Trybunał Narodowy w Gdańsku, w gmachu dzisiejszej Opery Bałtyckiej. Dostał karę śmierci. Przed sądem w Gdyni stanęli niżsi rangą sprawcy, w tym okupacyjny burmistrz Pucka.
Kurt Eimann czekał na proces w Niemczech Zachodnich do lat 60. W 1968 roku sąd w Hanowerze skazał go na cztery lata. Odsiedział dwa, a skazany został za zabijanie niemieckich chorych psychicznie, nie Polaków. Polskie śledztwo w sprawie Piaśnicy zawieszono w 1975 roku, bo świadkowie mieszkali za żelazną kurtyną. Gdański IPN wznowił je w 2011 roku i odnalazł między innymi nieznane zdjęcia z ekshumacji. Dziś znamy nazwiska około 1300 polskich ofiar.
Gdzie oddać hołd?
Las Piaśnicki leży w gminie Wejherowo, przy drodze do Krokowej. Historię zbrodni opowiada Muzeum Piaśnickie w Wejherowie. Groby gdynian zamordowanych w Piaśnicy są na cmentarzu wojskowym w Redłowie.
Z kilkunastu tysięcy ofiar wciąż znamy z nazwiska mniej niż co dziesiątą.
Komentarze (0)