Od kilku tygodni lodołamanie na Wiśle stało się stałym elementem krajobrazu w rejonie Gdańska i Przegaliny. Najbardziej spektakularnie wygląda to przy ujściu Wisły do Bałtyku, gdzie krę miesza się z falami morza.
Co dzieje się na Dolnej Wiśle
Od 5 lutego 2026 roku akcja weszła w bardziej intensywną fazę. Główny ciężar działań skupia się na odcinku ujściowym, czyli dokładnie tam, gdzie Wisła spotyka się z Zatoką Gdańską.
9 lutego o 9 rano wyruszyły Manat i Nerpa, a chwilę później Tygrys i Foka zostały prześluzowane do bazy w Przegalinie na tankowanie. To trochę jak szybki postój w trakcie długiego wyścigu, nie ma tu miejsca na przestoje. Tego dnia na wodzie pracowało siedem lodołamaczy. Dla mieszkańców Przegaliny Świbna czy Sobieszewa to widok codzienny, ale dla obserwatorów z brzegu nadal robi ogromne wrażenie.
Dlaczego lód stał się realnym zagrożeniem
Na Wiśle leży dziś około 200 kilometrów pokrywy lodowej. To nie jest delikatny lód, tylko miejscami gruba, twarda tafla, która przy odwilży zaczyna się przemieszczać. Gdy taka masa lodu gdzieś się zaklinuje, powstaje zator. A zator oznacza szybkie podnoszenie się poziomu wody i ryzyko podtopień. Dlatego lodołamanie na Dolnej Wiśle to nie widowisko, ale działania stricte przeciwpowodziowe.
W połowie lutego pomagał też południowy wiatr, który pchał krę w stronę Bałtyku. Dzięki temu lód nie stał w miejscu, tylko powoli spływał w kierunku morza.
Jak naprawdę łamie się lód na Wiśle
Lodołamacz nie tnie lodu jak nóż. On wjeżdża na taflę swoją masą, rozpędza się i dosłownie ją zgniata. Gdy warstwa jest bardzo gruba, załogi muszą powtarzać manewr kilka razy. Z brzegu wygląda to jak powolne, metodyczne „taranowanie” rzeki. Najważniejszą rolę pełnią lodołamacze czołowe Puma i Tygrys. To one robią pierwszy wyłom w lodzie, rozbijają zatory i uwalniają oblodzone filary mostów. Za nimi płyną jednostki liniowe, które porządkują nurt.
Przegalina jako serce całej operacji
Baza w Przegalinie to dziś logistyczne centrum akcji. Tu lodołamacze tankują, wymieniają załogi i uzupełniają zapasy. Niedziela 8 lutego była przerwą techniczną, ale nie oznaczała odpoczynku. To był dzień przygotowań, żeby w poniedziałek wrócić na rzekę z pełną mocą.
Dla mieszkańców okolicy to ciekawe zjawisko. Statki wchodzą do śluzy, cumują przy nabrzeżu, a potem znów wypływają na skute lodem wody.
Zimowe ujście Wisły. Widok jak z filmu
W styczniu nagrania z ujścia Wisły do Bałtyku obiegły internet. Krę, biały krajobraz i pracujące lodołamacze wyglądały niemal arktycznie. Na filmikach widać, jak potężne jednostki przecinają lodowe pole, a wokół nich unoszą się bryły kry. Internauci pisali, że takiego widoku dawno nie było.
Dla portalu lokalnego to świetny materiał wizualny. Kilka ujęć z drona, trochę z brzegu i masz zimowy spektakl, który przyciąga kliknięcia.
Jak daleko popłyną gdańskie lodołamacze
Na razie nikt nie chce przesądzać, czy akcja dotrze aż do Torunia. Wszystko zależy od tego, jak zachowa się lód i pogoda. Jeśli krę zacznie spływać samodzielnie, skala działań będzie stopniowo ograniczana. Jeśli nie, lodołamacze będą szły coraz wyżej w górę rzeki.
Jedno jest pewne. Dolna Wisła 2026 to jedna z najbardziej wymagających zimowych akcji od około dekady.
Z brzegu wygląda pięknie, ale jest niebezpiecznie
RZGW w Gdańsku apeluje, żeby nie wchodzić na zamarzniętą Wisłę ani inne akweny. Woda o temperaturze 0 do 4 stopni potrafi błyskawicznie pozbawić człowieka sił.
Przy załamaniu lodu liczą się sekundy. Dlatego lepiej oglądać lodołamacze z brzegu, z bezpiecznej odległości, najlepiej z aparatem albo dronem.
Komentarze (0)